poniedziałek, 17 lutego 2020r.
Home Wspomnienia Moja droga do dyplomu i do stanowiska - wspomnienia Tadeusza Krawczyka
Moja droga do dyplomu i do stanowiska - wspomnienia Tadeusza Krawczyka

Rok 1949
     Kończę Szkołę Podstawową w Kamieniu i, jak większość, zdaję egzamin wstępny do Szkoły Ogólnokształcącej w Nisku. Wraz z kolegą mieszkamy na stancji prywatnej u emerytowanej nauczycielki, która opiekuje się nami jak własnymi dziećmi. Nisko to dla nas, młodych ludzi ze wsi, inna rzeczywistość. Można pójść do kina, na mecz. Z czasem dostrzegamy jednak różnicę w traktowaniu przez nauczycieli nas ze wsi i miejscowych. Im wszystko wolno, nam nie. Starzy nauczyciele wręcz stwierdzają, że nasze miejsce powinno być przy pasieniu krów, a nie w szkole. Z początkiem listopada w gazetach i radiu podany jest komunikat, że na prośbę Polskiego Rządu Związek Radziecki wspaniałomyślnie przekazał nam do dyspozycji Marszałka ZSRR, Konstantego Rokossowskiego. Dalsza część komunikatu informuje o powołaniu go na Ministra Obrony Narodowej. W tej sprawie we wszystkich klasach wychowawcy organizują zebrania informacyjne, które są protokołowane. Jestem jeszcze bardzo naiwny. Między innymi zabieram głos i podaję w wątpliwość fakt, że w Polsce brak generała o odpowiednich kwalifikacjach do objęcia stanowiska Ministra Obrony Narodowej. Pani wychowawczyni poleca nie protokołować mojej wypowiedzi. Być może w ten sposób uchroniła mnie, a może i moich rodziców, od przykrych konsekwencji takiego pytania.


Rok 1950
     Jestem już w drugiej klasie „Ogólniaka”. Mieszkam teraz u kolegi, gdyż zmarła właścicielka stancji, którą wynajmowaliśmy w pierwszym roku. Pod koniec drugiego roku nauki spotykam kolegę ze starszej klasy, który przeniósł się do Technikum w Krakowie. Opowiada, że wszyscy dostają stypendium, za które w zasadzie można się utrzymać. Widząc kłopoty materialne moich rodziców, wychowujących jeszcze trójkę młodszego rodzeństwa, postanawiam przenieść się do Krakowa.


Rok 1951-53
     Jestem uczniem 2-letniegoTechnikum Łączności w Krakowie. Bardzo szybko ulegam urokowi wielkiego miasta. Często jestem głodny, ale nie odmawiam sobie pójścia do teatru, kina lub filharmonii, gdzie w każdą środę odbywają się darmowe koncerty dla młodzieży szkolnej. Namiętnie gram w szachy, a nawet reprezentuję szkołę na spotkaniach w Gdańsku i Poznaniu. Z kolegami chodzę na mecze piłkarskie. Oni kibicują Wiśle, która zmieniła nazwę na Gwardia, ja Cracovii, też o zmienionej nazwie na Ogniwo.
     Mieszkamy w baraku pocztowym. Warunki bytowe i sanitarne fatalne. Brak ciepłej wody. Na sali ustawiono piętrowe łóżka dla 50 uczniów. Podłoga zapuszczona ropą. W nocy pluskwy nie dają spać. Na drugim roku warunki mieszkaniowe uległy poprawie. Nadal łóżka piętrowe i podłoga zapuszczona ropą, ale na sali 20-osobowej w budynku murowanym, bez pluskiew. Stosunek nauczycieli do nas, mieszkańców bursy, jest przyjazny i życzliwy, gdyż nie sprawiamy większych kłopotów wychowawczych. Odwrotnie niż rodowici krakowianie. Śniadania i kolacje przygotowujemy sobie sami, zaś na obiady chodzimy na stołówkę dla biednych i bezdomnych, gdyż są tanie i mają dodatkowo tę zaletę, że wolno jeść chleb bez ograniczeń, nie wolno zaś chleba wynosić. Mimo zakazu zawsze się udaje schować kilka kromek do kieszeni na kolację.
     Jako uczeń Technikum Łączności wracam z Kamienia do Krakowa ze studentem jednej z uczelni krakowskich, rodem z Podlesia. W czasie kilku godzin podróży student roztacza przede mną wizję Polski wolnej i suwerennej. Mówi, że o taką Polskę trzeba walczyć i że jest to zadanie dla młodzieży. Dostaję adres, pod który mam się zgłosić, aby przystąpić do konspiracyjnej organizacji. Wprawdzie jestem zupełnie zielony politycznie i nie mam w sobie ognia rewolucjonisty, ale zgłaszam się dwukrotnie pod wskazany adres i każdorazowo drzwi zastaję zamknięte. Więcej nie szukam kontaktu. Po pewnym czasie dowiaduje się, że w Krakowie została wykryta tajna organizacja młodzieżowa, działająca na uczelniach i w szkołach. Wielu uczniów i studentów zostało aresztowanych i wyrzuconych ze szkół. Może byłbym również jednym z nich. Dzisiaj, po ponad pół wieku, zastanawiam się, jak potoczyły się dalsze losy życiowe owego studenta. Czy doczekał tej prawdziwie niepodległej Polski, o jakiej wtedy marzył?


Maj 1953
     W Krakowie wyczuwa się stan napięcia. To okres napiętych stosunków między Państwem a Kościołem. 9 lutego 1953 roku Rząd wydał dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych przez władze państwowe. W dniach 7-9 maja w Krakowie zebranie Konferencji Episkopatu Polski. 8 maja, w dniu św. Stanisława, zapowiedziana jest uroczysta Msza św. i procesja na Wawelu z udziałem Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Szkoły w tym czasie mają prowadzić lekcje, aby młodzież nie brała udziału w uroczystościach. Razem z kolegą uciekamy z lekcji i pędzimy na Wawel. Jesteśmy świadkami historycznego wydarzenia. W kazaniu Prymas Wyszyński wygłasza: NON POSSUMUS. Jest to protest Episkopatu w sprawie dekretu o ingerencji władz państwowych przy obsadzaniu stanowisk kościelnych To kazanie będzie podstawą do późniejszego aresztowania Księdza Prymasa. W czasie procesji spotykamy naszą nauczycielkę z języka rosyjskiego. My jesteśmy przestraszeni, ale w jej oczach dostrzegamy przerażenie. Nic dziwnego, gdyby ktoś doniósł, straciłaby pracę. My także podpadliśmy, ale skończyło się na reprymendzie od dyrektora.

 


Lipiec 1953
     Kończę Technikum i dostaję nakaz pracy do Rzeszowa. Wcześniej rodzice proponują mi podjęcie studiów, ale świadomie rezygnuję, gdyż zdaję sobie sprawę, że rodzice, którzy w tym czasie budują dom, nie udźwigną kosztów związanych z edukacją moją i trójki młodszego rodzeństwa. Chciałbym kontynuować naukę na studiach wieczorowych, ale w Rzeszowie nie ma takich możliwości jak w Krakowie. Pod Krakowem buduje się Nową Hutę. Pytam w kadrach o możliwość zatrudnienia. Nie ma problemu, jeżeli zostanę zwolniony z nakazu pracy, co oczywiście jest niemożliwe do załatwienia.
     Podejmuję pracę w Urzędzie Kabli Międzymiastowych na stacji wzmacniakowej w Rzeszowie. Zakład pracy zobowiązany jest zabezpieczyć również mieszkanie. Początkowo mieszkam w budynku łączności przy ul. Moniuszki w pokoju nad bramą wjazdową, a później jeszcze z dwoma kolegami dostajemy przydział na pokój w domu prywatnym. W pracy angażuję się bez reszty. Nawet jak nie mam dyżuru, to często przychodzę, aby pomóc kolegom. Zadaniem dyżurnych jest lokalizacja i usuwanie uszkodzeń na łączach telefonicznych krajowych i miedzy narodowych. Praca jest wyczerpująca i stresująca. Szczególnie ważne są łącza wojskowe z Moskwy do wszystkich państw, w których stacjonowały wojska radzieckie. Na razie nie zdaję sobie sprawy, że pracownicy stacji wzmacniakowej są pod szczególną opieką „Ochrony”, czyli funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w zakładzie pracy. Przed drzwiami do sali aparatowej stoi strażnik, w drzwiach jest „judasz”, aby dyżurny mógł zobaczyć, kto przychodzi. Po pewnym czasie klapka „judasza” zostaje przebita na zewnątrz, aby funkcjonariusz „Ochrony” mógł zobaczyć, co robi pracownik. Niczym w celi.
     Wolny czas, nawet poza dyżurami, spędzam nadprogramowo w pracy lub w Klubie Łączności. Po dyżurze nocnym mam dwa dni wolnego, często więc jeżdżę do rodziców na wieś. Po roku pracy dowiaduję się, że w Krakowie na AGH. można podjąć studia wieczorowe. Jestem tym zainteresowany, bo przecież po roku czeka mnie służba wojskowa. Mam zapewnienie ze strony dyrekcji, że po pozytywnym zdaniu egzaminu wstępnego zostanę służbowo przeniesiony do pracy na stacji wzmacniakowej w Krakowie. Pilnie się przygotowuję, jadę na egzamin, .ale na sali egzaminacyjnej odczytują nam Rozporządzenie Ministra Obrony Narodowej, że kandydaci którzy nie mają uregulowanego stosunku do służby wojskowej nie mogą być dopuszczeni do egzaminu wstępnego. To kulminacyjny okres wojny koreańskiej i przygotowań do wojny.
     Jesienią w prasie ukazuje się informacja o planowanych na wiosnę wojewódzkich eliminacjach do egzaminu na Wojskową Akademię Techniczną. Intensywnie się przygotowuję. Chociaż praca w wojsku nigdy nie była moim marzeniem, to uważam, że lepiej się uczyć niż tracić czas na obowiązkową służbę wojskową. Eliminacje, w moim przekonaniu, zaliczam bardzo dobrze, ale w określonym terminie dostaję negatywną informację o niedopuszczeniu do egzaminu wstępnego. Jestem zdumiony i rozgoryczony. Dlaczego? Po wielu latach poznam odpowiedź. Mój Ojciec w okresie okupacji należał do Batalionów Chłopskich, czyli odpowiednika Armii Krajowej na terenach wiejskich. Z takim „hakiem” w życiorysie Ojca nie miałem szans na studia w elitarnej uczelni, jaką była Wojskowa Akademia Techniczna.
     Za pół roku czeka mnie służba wojskowa. W tym momencie nie zdaję sobie jeszcze sprawy, że będzie ona dla mnie w pewnym sensie wybawieniem. W czasie pracy jeden z pracowników opowiedział kawał (nawet mało śmieszny) o żołnierzach radzieckich i zegarkach. Ktoś usłużny doniósł o tym, prawdopodobnie pracownikowi „Ochrony”. W celu wyjaśnienia, wszyscy pracownicy obecni w tym dniu zostają poddani drobiazgowemu wielogodzinnemu przesłuchaniu w siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa na ul. Jagiellońskiej. Jestem jednym z pierwszych. Po 12-godzinnym dyżurze nocnym jestem wezwany do Naczelnika. Tam czeka na mnie funkcjonariusz UB, który każe mi iść na ul. Jagiellońską, a sam idzie kilka kroków za mną. Jestem przesłuchiwany przez trzech funkcjonariuszy przez ponad 12 godzin. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczam, nic takiego nie słyszałem, bo byłem zapracowany. Po przesłuchaniu dostaję do podpisania oświadczenie, że nikomu nie ujawnię faktu i celu przesłuchania, Wychodzę po 24 godzinach pracy i przesłuchania prawie nieprzytomny. Siadam na ławeczce pod drzewem koło Zamku. Po chwili pojawia się kolega z pracy, Zaniepokojony moim wyglądem, wypytuje co mi jest i co się stało. Nie chcę rozmawiać. Nie mogę się go pozbyć, ale jest przymilny i troskliwy. Po pewnym czasie w dobrej wierze mówię mu, aby zostawił mnie w spokoju, bo właśnie wyszedłem z przesłuchania na temat kawału, jaki w pracy opowiedział nasz wspólny kolega Zygmunt K. Po latach okazało się, że to spotkanie nie było przypadkowe, bo ów kolega był na usługach UB. Dało mi UB spokój przez miesiąc, abym zapomniał o tym spotkaniu, wiedząc jednocześnie, że w zeznaniach kłamałem, iż nie słyszałem kawału i dyskusji z nim związanej i że złamałem podpisane zobowiązanie, że nikomu nie ujawnię faktu przesłuchania. Oczywiście, po miesiącu wzmogła się intensywność i częstotliwość moich przesłuchań, które zwykle następowały po dyżurze nocnym. Starałem się wymknąć niepostrzeżenie z budynku .i zmylić funkcjonariusza UB, który na mnie czekał. Jeżeli się udało, jechałem do rodziców na wieś i dwa dni miałem spokój. Z utęsknieniem wyczekiwałem dnia, kiedy wezmą mnie do wojska. Chyba byłem jedynym rekrutem cieszącym się z powołania. Po pewnym czasie UB dało mi spokój. To „szczególne” zainteresowanie tłumaczę sobie tym, że chciano ze mnie zrobić kolejnego donosiciela, ale skoro idę do wojska to zrezygnowano.

 


Grudzień 1955
     Jestem żołnierzem służby zasadniczej w Szkole Podoficerskiej Radiolokacji w Przasnyszu. W perspektywie trzy stracone lata. Szkoła trwa 10 miesięcy. Codziennie 8 godzin wykładów lub ćwiczeń, oraz po południu 2 godz. obowiązkowej nauki własnej. Pierwsze tygodnie są trudne za sprawą kaprala, który postanawia się wyżyć na rekrutach. Na szczęście, po miesiącu następuje zmiana dowódcy kompanii. Nowy dowódca uznaje, że z nas mają wyrosnąć specjaliści z zakresu radiolokacji, a nie zwykli żołnierze. Zostaje położony nacisk na naukę wiedzy technicznej z ograniczeniem wyszkolenia wojskowego i sprawnościowego do minimum. Są tylko dwie godziny gimnastyki tygodniowo, ale egzamin końcowy przewiduje również zaliczenie odpowiednich ćwiczeń na przyrządach. Będzie to miało decydujący wpływ na wyniki egzaminów końcowych. Aby uzyskać stopień kaprala trzeba mieć oceny dobre i bardzo dobre. Z ocenami dostatecznymi otrzymuje się stopień starszego szeregowego. Przygotowanie żołnierzy do podjęcia nauki jest bardzo dobre. Większość po maturze, kilku po zasadniczej szkole elektrycznej, kilku po dwóch latach Politechniki. Ci ostatni, będąc już na trzecim roku studiów, nie zaliczyli szkolenia wojskowego i po miesiącu byli już w wojsku. W sali noclegowej moim sąsiadem jest były student trzeciego roku Politechniki Gdańskiej. Oblał egzamin ze Studium Wojskowego i w ciągu dwóch tygodni wylądował w jednostce wojskowej. Jest to dla niego dramat życiowy. Za trzy lata kończyłby studia z tytułem magistra, a tak wyjdzie z wojska bez zawodu. To dzięki niemu mam okazję czytać „Po prostu”, co pozostanie mi do końca druku tego tygodnika, zlikwidowanego później z polecenia Władysława Gomułki. Nauka nie sprawia mi trudności, staram się być niezauważalny i nie podpadać, w obawie, aby moje problemy z UB nie zostały przejęte przez Informację Wojskową.
     Pluton, w którym służę, liczy 37 żołnierzy. Na egzaminie końcowym przedmioty techniczne i wojskowe zaliczamy z wynikami dobrymi i bardzo dobrymi, natomiast z gimnastyki są 2 oceny dobre, 5 dostatecznych i 30 niedostatecznych.. WF więc decyduje w jednostce technicznej o awansie na kaprala i starszego szeregowego. Trzydziestu żołnierzy kończy szkołę w stopniu szeregowy, pięciu w stopniu st. szeregowy, dwóch w stopniu kaprala.. Ma to określone konsekwencje. w praktyce. Kaprale i starsi szeregowcy trafiają na stanowiska operatorów, mimo że ich przygotowanie techniczne wcale nie jest najlepsze, natomiast szeregowcy (niekiedy byli studenci politechnik lub elektronicy) zostają planszecistami. Na wyszkolenie planszecisty nanoszącego meldunki operatora na mapę wystarczą dwa tygodnie, operatora szkoli się 10 miesięcy.
     Jako planszecista w październiku 1956 r. trafiam na stanowisko Dowodzenia Pułku w Krakowie. Jestem zadowolony, gdyż mam tu wielu szkolnych przyjaciół i rodzinę. Po dyżurze bez problemu można dostać przepustkę i wyjść na miasto. Rozbudzony cotygodniową lekturą „Po prostu”, tutaj przeżywam emocje polityczne związane z „Polskim Październikiem”. Pewnego dnia, idąc Plantami w okolicach Uniwersytetu Jagiellońskiego, spotykam wielotysięczny milczący pochód z flagą węgierską przepasaną kirem na czele. Cała ulica Karmelicka od UJ po Aleje Trzech Wieszczów wypełniona ludźmi. To reakcja społeczeństwa na brutalnie stłumione przez czołgi radzieckie powstanie na Węgrzech. Niesamowity widok, którego nigdy nie zapomnę.
     W listopadzie od jednego z oficerów operacyjnych, który jest planowany na zastępcę dowódcy, dostaję propozycję przeniesienia do nowo tworzonej Kompanii Radiolokacyjnej pod Rzeszowem.


Grudzień 1956
     Dokładnie w rocznicę wcielenia do służby wojskowej, 3 grudnia 1956 roku, jestem już w jednostce wojskowej pod Rzeszowem, docelowo jako planszecista na stanowisku dowodzenia. Na razie jest nas kilkunastu, bo koszary w budowie. Na wyżywienie dostajemy ryczałt i zakupy żywności robimy we własnym zakresie. Jestem w grupie trzech żołnierzy odpowiedzialnych za zakupy żywności. Kupujemy na wsi świnie, cielęta, jeden z żołnierzy jest z zawodu masarzem, więc wyroby mięsne dla żołnierzy są przedniej jakości. W tygodniu na obiad może nie być mięsa, ale w piątki i dni postu jest to niedopuszczalne. Dopilnowanie tego leży w obowiązkach zastępcy dowódcy do spraw politycznych. Rejestruję w pamięci dwa zabawne wydarzenia.
      Środa Popielcowa. Kucharz zgłasza, że na obiad nie ma mięsa. Wobec tego po śniadaniu jedziemy do wioski za lasem, wozem i poczciwą szkapą, aby kupić cielę, z którego jeszcze na obiad będzie mięso. Wracając, błądzimy w lesie i w koszarach jesteśmy już po obiedzie. Kucharz melduje dowódcy brak mięsa. Trzeba to wytłumaczyć wojsku. W odpowiedniej roli występuje więc zastępca dowódcy do spraw politycznych. W stołówce pyta żołnierzy: Jesteście katolikami? Słyszy odpowiedź: no tak. W takim razie dziś nie będzie mięsa, tylko ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Oczywiście, my po powrocie dostajemy solidną burę ale unikamy kary.
     Drugi przypadek: Kucharz dostaje telegram o mającym się odbyć ślubie siostry. Urlop dostanie pod warunkiem, że znajdzie się żołnierz, który go zastąpi. Prosi mnie usilnie. Z drugim daniem nie ma problemu, bo piecze je dzień wcześniej. Pozostaje problem zupy. Jestem optymistą. Przecież zupę potrafię ugotować. Do kotła z wodą na zupę dla kilkudziesięciu osób, bo stan załogi zwiększył się, wsypuję jarzyny, ryż, makaron. Mieszam, ale to właściwie woda, ryżu i makaronu nie widać, dosypuję więc. Po kilkunastu minutach gotowania połowa zawartości kotła jest na podłodze, a to co pozostało w kotle można krajać nożem i podawać na płytkich talerzach. Tak to się sprawdziłem w roli kucharza.
     W wojsku głośno się mówi o planowanym skróceniu służby wojskowej w wojskach lotniczych z trzech do dwóch lat. Zdaję sobie sprawę, że będzie to następować etapami i większą szansę będą mieć planszeciści niż operatorzy, dlatego na ile to możliwe staram się zacierać wszelkie ślady, że byłem wyszkolonym operatorem.. Faktycznie, w październiku 1957 r. rozkazem Ministra Obrony Narodowej okres niektórych służb w wojskach lotniczych (w tym planszecistów) zostaje skrócony do dwóch lat. 16 października 1957 r. jestem już w cywilu. Przyznaję, że byłem bardzo zawiedziony faktem, iż szkołę radiolokacji zaliczyłem jako szeregowy, ale tylko dzięki temu po 23 miesiącach zwolniony zostałem do cywila, natomiast operatorzy z mojego rocznika służyli jeszcze do maja 1958 r., czyli 30 miesięcy. Co pozostało mi z wojska? Umiejętność gry w brydża, co do dzisiaj jest moją życiową pasją.
     W latach 1957-61 mieszkałem w Rzeszowie, ale często jeździłem do rodziców w Kamieniu. W czasie wolnym od pomocy w pracach rolnych, z rówieśnikami grałem w piłkę siatkową na gminnej posesji (obok obecnego domu Tadeusza Szewczyka), a wieczorami w brydża. Partnerami byli, wszyscy już nieżyjący dzisiaj: Józef Mańka - prekursor i nauczyciel tej gry w Kamieniu, Józef Bąk, Andrzej Sączawa, a także często odwiedzający matkę, mieszkający w Rzeszowie Zdzisław Nicał. Może byli jeszcze inni, ale nie pamiętam, bo to przecież ponad pół wieku temu.

Listopad 1957
     Wracam do pracy w Urzędzie Kabli Miedzymiastowych, ale już nie na Stację Wzmacniakową, która mi się źle kojarzy jako „pod specjalnym nadzorem UB”, lecz do Grupy Pomiarowej linii telekomunikacyjnych na terenie całego województwa. Przykre doświadczenia z UB, lektura „Po prostu”, Polski Październik `56 i rozmowy z Ojcem po powrocie z wojska uświadomiły mi, że Polska nie jest krajem w pełni suwerennym.. Odmawiam więc wstąpienia do Związku Młodzieży Socjalistycznej, który powstał po rozwiązaniu Związku Młodzieży Polskiej. Mimo to dostaję propozycję wyjazdu na 3-tygodniowy obóz szkoleniowy dla aktywistów ZMS-u w Wysowej koło Gorlic .Na czas pobytu jest się urlopowanym z zakładu pracy z bezpłatnym wyżywieniem, więc nie odmawiam. Po powrocie z obozu Naczelnik Urzędu. poleca mi zorganizować Koło ZMS-u . Na moją odpowiedź, że przecież ja do ZMS-u nie należę, jest bliski zawału.
      Praca jest uciążliwa, ale turystycznie bardzo ciekawa. Mamy do dyspozycji kierowcę i samochód Warszawa z wyjętym tylnym siedzeniem, miejscem przeznaczonym na przyrządy i duży worek, w którym wozimy materace dmuchane, poduszki, prześcieradła i koce, gdyż śpimy zwykle w pomieszczeniach biurowych, aby dostać ekwiwalent jako ryczałt za nocleg. Wiele czasu spędzamy w Bieszczadach, gdzie stan dróg jest fatalny i często, aby dojechać do planowanej miejscowości trzeba wypychać samochód z błota. W tym czasie budowana jest tama na rzece San w Solinie. Byłem więc również w tych miejscowościach, które dzisiaj nie istnieją, gdyż zostały zalane wodą, tworząc Jezioro Solińskie W Grupie Pomiarowej pracuję z inż. Czesławem P. Jest to niesamowicie zdolny człowiek o fenomenalnej wręcz pamięci. Co tylko przeczytał, pozostawało w jego mózgu na zawsze. To nie było normalne i po dwóch latach zakończyło się chorobą psychiczną. W Grupie Pomiarowej pracuję do końca 1961 r. Zwykle wyjeżdżamy w poniedziałek, a wracamy w piątek. Dla mnie jest to o tyle ważne, że w każdy piątek o 17-ej w Klubie Łączności jest turniej brydżowy, w którym zwykle biorę udział. Jeżeli w środę nie jestem w terenie, to biorę udział w organizacji wieczorku tanecznego w Klubie Łączności w Rzeszowie, gdyż jestem w Społecznej Radzie Klubu. W początkowym okresie do tańca przygrywała orkiestra Romana Albrzykowskiego, ale później już na stałe gra Zespół (jeszcze nie Blackout) Tadeusza Nalepy. Solistami zespołu są: Stanisław Guzek (po latach znany jako Stan Borys) i Mira Kubasińska (późniejsza żona Tadeusza Nalepy). Mile wspominam Mirkę i Tadeusza. Jako współorganizator wieczorków wiele czasu spędziłem z nimi na pogaduszkach za kulisami w czasie przerw, a z Mirką wiele się wytańczyłem, kiedy nie śpiewała. Po latach, jesienią 2003 r., będę na koncercie w Hali na Podpromiu pod patronatem i z udziałem Marszałka Sejmu Marka Borowskiego, dla uczczenia 60. rocznicy urodzin Tadeusza Nalepy. W koncercie zaśpiewają: Tadeusz, nazywany często ojcem polskiego bluesa, była już żona Mira, i druga żona Grażyna. Dla mnie to smutny koncert, gdyż w trakcie jego trwania ciągle będę miał wizję szaleńczo zakochanej pary, Miry i Tadeusza, z okresu grania i śpiewania w Klubie Łączności w Rzeszowie. Dzisiaj, kiedy jestem w Rzeszowie i na ulicy 3 Maja mijam figurę Tadeusza z gitarą, to z nostalgią wspominam te beztroskie chwile sprzed ponad pół wieku.
     Zamierzam zmienić stan cywilny i w tej sytuacji przy pracy terenowej i marnej płacy nie widzę innej alternatywy niż zmiana zakładu pracy.


1962 r.
     Od 1 stycznia 1962 r. jestem pracownikiem Sekcji Łączności w Zakładzie Energetycznym w Rzeszowie. Do moich obowiązków należy między innymi: konserwacja urządzeń telefonii nośnej pracujących na liniach wysokiego napięcia 110 kV, a także dyżur techniczny w czasie telekonferencji z ZOW w Radomiu, zatwierdzającej plany inwestycyjne dla ZE w Rzeszowie. To świetna okazja, aby poznać kadrę kierowniczą Zakładu. Jestem pod wrażeniem ich fachowości i życzliwości. Szkoda, że tak nie jest w Sekcji Łączności. Despotyzm i zmienne humory szefa powodują, że mimo satysfakcjonującej płacy i ciekawej pracy noszę się z zamiarem zwolnienia.
      W kwietniu zmieniam stan cywilny. Moją wybranką jest Anna Panek, technik telekomunikacji. Jej życiową pasją jest malarstwo i w tym zakresie, zdaniem osób kompetentnych, ma nieprzeciętny talent. Zapewne wiele by osiągnęła kończąc studia kierunkowe, ale Rodzice zadecydowali inaczej, stwierdzając, ze „z tego chleba mieć nie będziesz”.
     W tym czasie w Polsce rządzi „Ekipa W. Gomułki” Następuje burzliwy rozwój telewizji. Pod Krosnem (gdzie urodził się W. Gomułka), na Suchej Górze buduje się nadajnik TV dużej mocy. Nie jest to najlepsze rozwiązanie ze względu na ukształtowanie terenu, gdyż Góra Strzyżowska zasłania Rzeszów, ale względy polityczne przeważają. Optymalnym rozwiązaniem byłaby budowa nadajnika TV na górze Magdalenka pod Rzeszowem, a drugiego nadajnika TV na górze Jawor, jako źródła sygnału do retransmisji przez przemienniki na terenie Bieszczad. W późniejszym terminie można było ten mankament częściowo naprawić, budując obiekt dla emisji drugiego programu TV na Magdalence, a nie na Baranówce w Rzeszowie, ale i tym razem względy nietechniczne przeważyły. Na razie na Przybyszówce pod Rzeszowem buduje się maszt kratowy o wysokości 60 m, skąd radiolinią, sygnał TV z kabla koncentrycznego, przesyłany będzie do sterowania nadajnika na Suchej Górze. Od kierownika obiektu na Przybyszówce, którym zostaje inż. Jan Kuźniar., dostaję propozycję pracy na radiolinii i mimo niższej płacy niż w ZE decyduję się na zmianę miejsca pracy. Inż. Jan Kuźniar. był już moim szefem, kiedy pracowałem na stacji wzmacniakowej.
      Satysfakcjonująca mnie była rozmowa z dyrektorem ZE po złożeniu wypowiedzenia. Dyrektor powiedział, że z mojej pracy jest zadowolony i każda moja propozycja finansowa, możliwa do akceptacji z jego strony, będzie załatwiona pozytywnie. Podziękowałem dyrektorowi za ocenę, lecz zaznaczyłem, że powodem mojego wypowiedzenia nie są sprawy materialne. Powiedział, że wie o tym i dlatego nie nalega.
     Po kilku latach dostanę propozycję powrotu na stanowisko kierownika sekcji łączności w ZE, ale nie skorzystam. Z mojej rekomendacji zostanie zatrudniony nasz kolega z pracy na Przybyszówce Fredziu B.


1.10.1963 r.
     Rozpoczynam pracę w PP Stacje Radiowe i Telewizyjne w Krakowie na Stacji Linii Radiowych w Przybyszówce. Jak się okaże, będę pracował tutaj blisko 9 lat. Wiele w tym okresie dokonam, ale to również dlatego, że mamy wspaniały zespół osobowy z szefem na czele. Do naszych obowiązków należy kontrola jakości przesyłanych radioliniami na Suchą Górę pierwszego programu TV i trzech programów radiowych. Praca jest przyjemna, bo gdy nie ma usterek lub awarii ogranicza się do oglądania programu TV i wyrywkowo słuchania programów radiowych, przesyłanych przez stabilnie pracującą radiolinię RVG.. Program TV przesyłany jest radiolinią wojskową KORAB, której ostatni stopień modulacji znajduje się w ognisku anteny parabolicznej zawieszonej na 60-metrowym maszcie, oparty na klistronie pracującym niestabilnie, co wymagało częstego wychodzenia na maszt. Z perspektywy czasu oceniam, że wyjścia na maszt były bardzo niebezpieczne przy kratowej otwartej konstrukcji masztu, szczególnie przy oblodzeniach. Nie zdawaliśmy sobie również sprawy, jakim zagrożeniem dla organizmu było pole elektromagnetyczne przy strojeniu klistronu umieszczonego w ognisku anteny. Na szczęście nikomu w tym okresie nic się nie stało.
     Z żoną Anną mieszkamy razem z jej Rodzicami w Palikówce, w domu składającym się z pokoju i kuchni, bez łazienki. To bardzo trudne warunki mieszkaniowe. Rodzice Anny proponują i deklarują pomoc przy budowie domu. Ja mam obawy, że nie damy rady. Profilaktycznie zapisuję się do Spółdzielni Mieszkaniowej, ale mimo to gromadzimy materiały budowlane. W tak trudnych warunkach mieszkaniowych jesienią 1964 roku rodzi się nam syn Tomek, z silną wadą serca. Robimy wszystko, aby go ratować. W trzecim miesiącu życia przechodzi skomplikowaną operację serca, wykonaną według powszechnej opinii przez najlepszego w Polsce specjalistę, prof. Kossakowskiego. Niestety, po operacji syn nasz umiera. Mimo to, do dzisiaj mamy jak najlepszą opinię o personelu medycznym kliniki, w której był operowany. Przy dzisiejszej technice i stanie wiedzy medycznej zapewne byłby uratowany. Po śmierci Tomka jesteśmy kompletnie załamani. Życie straciło sens, szczególnie dla Anny.
     Przypadkowo trafiam na informację prasową o rekrutacji na kurs przygotowawczy dla kandydatów na studia wieczorowe w Wyższej Szkole Inżynierskiej. Mam już wprawdzie 29 lat i poczucie analfabetyzmu wtórnego, a również w pamięci dwa nieudane podejścia. Postanawiam spróbować po raz trzeci. W domu cicha opozycja ze strony Teściów. Przecież na wiosnę mamy zacząć budować dom i to będzie wymagało zaangażowania i dużego wkładu pracy fizycznej. Nie czas na naukę. Stawiam sprawę jasno: Jeżeli zdam egzamin wstępny, to raczej zrezygnuję z budowy i zamieszkam w Spółdzielni Mieszkaniowej. Domownicy dochodzą do wniosku, że na razie nie warto kopii kruszyć, bo: może to słomiany zapał i nie wytrwam w przygotowaniu, a może nie zdam egzaminu wstępnego, a jeżeli nawet zdam, to może nie dam rady i sam zrezygnuję albo mnie wyrzucą.
     Mimo dużych kłopotów w przygotowaniu, bo ujawniły się duże braki ze szkoły średniej, zdaję egzamin wstępny. W domu dochodzimy do porozumienia na zasadzie kompromisu: budowa domu będzie realizowana w czasie moich wakacji. Właśnie rozpoczęły się wakacje i trwa pierwszy etap budowy. Nie muszę korzystać z urlopu, bo w pracy mogę sobie tak zaplanować dyżury, aby w czasie prac budowlanych być w domu. W tym czasie chętnie biorę dyżury w niedziele i święta. Kolegom z pracy jest to nawet na rękę. Urlop przezornie przeznaczam na czas nauki i egzaminów.

 

Wrzesień 1964
     Rozpoczynam studia wieczorowe na Wydziale Elektrycznym Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Rzeszowie. Rozpoczyna nas trzydziestu ośmiu. Pierwszy semestr bez egzaminu poprawkowego zalicza osiemnastu. Jestem wśród tych szczęśliwców. Największy odsiew spowodowała geometria wykreślna.. Sam nie wiem jakim cudem zaliczam egzamin pisemny na –5 i jestem zwolniony z ustnego. Będzie to miało dla mnie pozytywny efekt na koniec drugiego semestru, w którym wykłady z „kresek” nie są już uzupełniane ćwiczeniami, tylko obowiązuje oddawanie prac kontrolnych .w wyznaczonych terminach. Materiał do przyswojenia z innych przedmiotów jest ogromny. Skoro nie ma ćwiczeń z geometrii i bieżącego zagrożenia, to na naukę „kresek” nie ma czasu. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa, bo przecież nie mogę odłożyć egzaminu na po wakacjach, gdyż latem rozpoczniemy budowę domu. Powoli godzę się już z myślą, że chyba pierwszego roku nie zaliczę. I nagle przed sesją egzaminacyjną w gablocie Zakładu Geometrii Wykreślnej pojawia się komunikat, że niżej wymienieni studenci mogą się ubiegać o zwolnienie z egzaminu. Na liście jest również moje nazwisko. Warunkiem zwolnienia jest oddanie w terminie ostatniej pracy kontrolnej. Jeden z kolegów, Staszek Karnaś, pomaga mi poprawnie narysować pracę kontrolną i to dzięki niemu zaliczyłem rok, a może i całe studia. Odbierając pracę kontrolną i wpisując do indeksu ocenę końcową 4, prof. Polański uzasadnił to tym, że skoro egzamin pisemny po pierwszym semestrze (co jest pracą samodzielną), napisałem na –5, to znaczy, że potrafię samodzielnie rozwiązywać problemy.
     Wykłady na Uczelni są obowiązkowe od poniedziałku do piątku w godz. od 15 do 20. Po wykładach wracamy zwykle dużą grupą autobusem „O”. Zachowujemy się kulturalnie, ale wesoło. W naszej grupie jest kilka starszych osób. Pewnego razu, podczas kontroli biletów, kolega pilnie poszukuje legitymacji studenckiej, uprawniającej do zniżki. Kontroler, oczekując, pyta: „Pan emeryt, rencista?”, na co kolega z pozorowanym oburzeniem pokazuje legitymację i oświadcza: student.
      Jeszcze raz podkreślam, że chyba tylko dzięki przyjaznej atmosferze w pracy udało mi się pogodzić studia wieczorowe z budową domu. Nie dość na tym. Na czwartym roku, mieszkam już w nowym domu. Mam własny pokój do nauki. Wprawdzie w stanie surowym, bez podłogi i mebli, tylko ze stołem biurowym jeszcze z czasów kawalerskich. Aby poprawić domowe finanse, gdyż potrzeby są nieograniczone, mimo nauki, podejmuję się dodatkowej pracy, jaką jest konserwacja centrali i aparatów telefonicznych w jednym z zakładów pracy.
      Będąc na czwartym roku studiów, jestem delegatem na Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze Stowarzyszenia Elektryków Polskich.. Ktoś z sali zgłasza moją kandydaturę i zostaję wybrany w skład Zarządu Oddziału SEP w Rzeszowie. Jest to działalność społeczna, ale bardzo satysfakcjonująca. W skład Zarządu Oddziału wchodzi kilku znanych mi już inżynierów z Zakładu Energetycznego, oraz kilka znanych Osobistości, które będę miał okazję poznać, działając społecznie w ZO SEP przez blisko 12 lat. Jednym z nich jest mgr inż. Ludwik Chmura, dyrektor RPRE, późniejszy prezydent miasta Rzeszowa. Jest to szczególna osobowość. Człowiek mądry, o wysokich kwalifikacjach zawodowych, wspaniały erudyta, a jednocześnie skromny i przyjazny ludziom. Doświadczę tego osobiście. W Zarządzie Oddziału jest również dziekan Wydziału Elektrycznego prof. Zygmunt Bajorek. Na zebraniach zwykle siada obok mnie, stwierdzając, „my koledzy”, a pode mną kolana się uginają. Nie padam tylko dlatego, że siedzę. Prezesem jest mgr inż. Jan Dzianott, także znacząca osobowość w środowisku elektryków rzeszowskich.
     Kończę studia obroną pracy dyplomowej z oceną dobrą w dniu 31 marca 1969 r. Kończy nas trzynastu, a właściwie dwunastu, bo trzynasty rozpoczynał na studiach dziennych. A przecież rozpoczynało trzydziestu ośmiu. Zdaję sobie sprawę, że zamyka to kolejny etap w mojej pracy zawodowej.
     W pracy dostaję podwyżkę wraz z uwagą dyrektora, abym się liczył ze zmianą stanowiska, gdyż jako inżynier na dłuższą metę nie mogę być tylko dyżurnym na radiolinii. Po kilku miesiącach dostaję propozycję przejścia na radiostację w Boguchwale jako zastępca kierownika. Nie mam zbytniej ochoty, pamiętając przeżycia z pracy na stacji wzmacniakowej, bo przecież wcześniej Boguchwała to była stacja zagłuszająca, więc załoga była starannie wyselekcjonowana. Są jeszcze inne powody, dla których nieśpieszno mi było do zmiany stanowiska pracy. Po ukończeniu studiów znajomy, inż. Zdzisław Nicał (krajan z Kamienia), zaproponował mi dodatkową pracę w Zespole Usług Projektowych na zasadzie prac zleconych. Oczywiście ja nie miałem uprawnień projektowych, więc on za procentową opłatą autoryzował moje projekty. Jakie było moje zdumienie, kiedy miesięczna wypłata za pierwsze projekty była wyższa niż dwukrotna wartość moich poborów w zakładzie macierzystym już jako inżyniera. W tej sytuacji zdaję sobie sprawę, że być może z przyczyn ekonomicznych zajdzie potrzeba kolejnej zmiany zakładu pracy. Zapisuję się na kurs przygotowawczy do egzaminu na uprawnienia budowlane na razie w wykonawstwie, gdzie wystarcza rok praktyki przy urządzeniach elektrycznych. Ważne jest to, że po pozytywnym zdaniu na wykonawstwo rozszerzenie uprawnień na projektowanie następuje bez egzaminu na podstawie wykazu prac projektowych z okresu czterech lat. .Egzamin jest bardzo trudny. Zalicza go pozytywnie co trzeci zdający. Jestem wśród nich.
     W Przemyślu rozpoczyna się budowę radiostacji średniofalowej. Zostaję jej kierownikiem w budowie. Bardzo mi to odpowiada, gdyż mogę pracować w Przemyślu w różnych dniach i godzinach. Jednocześnie bardzo intensywnie pracuję w Zespole Usług Projektowych, gdyż potrzeby finansowe na wykończenie domu i spłatę zaciągniętej pożyczki są ogromne. Moja żona w tym czasie podejmuje pracę w Ośrodku Służby Przeciwzakłóceniowej w Rzeszowie podległemu PP Stacje Radiowe i Telewizyjne w Krakowie. Ośrodki te Uchwałą RM z dnia 20.02.1968 r. przekształcają się z dniem 1.01.1969 r. w Państwową Inspekcję Radiową. W Rzeszowie powstaje Zespół Ruchomych Stacji Pomiarowych podległy pod Okręgowy Inspektorat PIR w Krakowie. Niedługo umiera kierownik ZRSP w Rzeszowie, Kornel Przybylski i pełniącym obowiązki kierownika zostaje moja żona Anna. Okręgowym Inspektorem PIR w Krakowie jest inż. Józef Dubiniec. Okręgowe Inspektoraty PIR mają powstać w każdym województwie. Anna dostaje upoważnienie na znalezienie odpowiedniego kandydata. Prosi mnie, mającego rozeznanie w środowisku, abym propozycję złożył inżynierowi o odpowiednich kwalifikacjach zawodowych i etycznych. Mnie w tym czasie to stanowisko nie interesuje. Proponuję więc mgr. inż. Józefowi Orłowskiemu i Marcinowi Kowalskiemu, pracownikom Centrum Nadawczego Sucha Góra. Obydwaj odmawiają, stwierdzając, że gdyby były takie perspektywy, jak mówię, to na pewno sam skorzystałbym z tej oferty.
     Mam kolejną rozmowę z moim dyrektorem, inż. Januszem Proskurnickim, który informuje mnie, że po uruchomieniu radiostacji średniofalowej będę mógł dojeżdżać do Przemyśla jak dotychczas, natomiast docelowo będzie budowane Centrum Radiowo-Telewizyjne na Tatarskiej Górze, którego zostanę kierownikiem, ale wtedy będę musiał zamieszkać w Przemyślu. Ta propozycja w zasadzie pomaga mi w podjęciu decyzji. Będę pracował w Przemyślu tylko dotąd, kiedy dojeżdżam. Zamieszkanie w Przemyślu nie wchodzi w rachubę. Zamierzam podjąć pracę w RPRE i być może wyjechać na kontrakt za granicę. W tym czasie przypadkowo, będąc u żony, spotykam inż. Józefa Dubińca, Okręgowego Inspektora PIR, z którym znam się ze wspólnej pracy w Stacjach Radiowych i Telewizyjnych. Z jego strony pada pytanie, dlaczego nie chcę zostać kierownikiem ZRSP w Rzeszowie z perspektywą objęcia stanowiska Okręgowego Inspektora PIR? W domu namawia mnie również żona. W dalszym ciągu nie jestem zainteresowany, ale jadę do Warszawy na rozmowę z mgr inż. Jerzym Ziółkowskim, Głównym Inspektorem PIR.
     Mam rozmowę z „Wizjonerem”, który po pięciu latach pracy w Genewie wrócił do kraju. Po dwudziestu minutach. rozmowy jestem przekonany, że nie tylko mogę, ale chcę z nim pracować Ma to być instytucja techniczna na wzór zachodni, między innymi zadaniami, chroniąca widmo częstotliwości radiowych i telewizyjnych przed zakłóceniami od urządzeń przemysłowych, medycznych i domowego użytku I tak zaczyna się nowy, ostatni już, prawie 30-letni etap mojej pracy zawodowej., w tej samej instytucji, która kilkakrotnie zmieni nazwę.
     1 września 1972 r. na zasadzie porozumienia stron zostaję przeniesiony do pracy w Państwowej Inspekcji Radiowej.
      Za pół roku dostanę rozszerzone o projektowanie uprawnienia budowlane, ale już żadnego projektu nie wykonam, gdyż pracując w PIR nie mam zgody na dodatkowe zatrudnienie.
     Podejmuję skuteczne działania w celu pozyskania odpowiednich pomieszczeń na utworzenie Okręgowego .Inspektoratu PIR.
     Z dniem 1 czerwca 1974 r. Minister Łączności powołuje mnie na stanowisko Okręgowego Inspektora Państwowej Inspekcji Radiowej w Rzeszowie.

 

Tadeusz Krawczyk
 

 

Kto jest online


     Naszą witrynę przegląda teraz 26 gości 

Wsparcie działalności

 

Towarzystwo  Przyjaciół   Kamienia

 jest organizacją pożytku publicznego.

Można przekazać 1 % podatku

 W zeznaniu podatkowym należy wpisać:   KRS - 000 0037454

i deklarowaną kwotę podatku.

 

Wypełnij PIT on-line i przekaż 1% dla Towarzystwa Przyjaciół Kamienia

Copyright ? 2010 Towarzystwo Przyjaciół Kamienia. Design KrS, Valid XHTML, CSS