środa, 21 października 2020r.
Home Wspomnienia Wspomnienia Pana Kazimierza Batoga
Wspomnienia Pana Kazimierza Batoga

     Urodziłem się 6 lutego 1932 r. w Łowisku, obecnie mieszkam w Kamieniu.


     Moje pierwsze wspomnienia dotyczące wojny wiążą się z panującą atmosferą na kilka dni przed jej wybuchem. Pamiętam, jak mój ojciec rozmawiał ze swoimi sąsiadami o sytuacji ówcześnie panującej w kraju i możliwym konflikcie z Niemcami. Nastroje były dość mocno zróżnicowane, od skrajnie optymistycznych np. „nie oddamy guzika od munduru” do mocno pesymistycznych. Mój ojciec podzielał opinie tych drugich. Jako były żołnierz armii austrowęgierskiej podczas I wojny światowej wiedział, czym jest wojna i co ona ze sobą niesie.

     Sam dzień 1 września 1939 roku pamiętam bardzo dobrze. Był to piątek, dzień był słoneczny i gorący. Ja, jako 7 letni chłopak, przebywałem z rodzeństwem w domu. Informacja o ataku Niemiec na Polskę dotarła do nas od jednego z sąsiadów posiadających radio. Od wybuchu wojny do jej końca panował wśród ludzi ogromny strach o własne życie. Pamiętam, jak przez Łowisko przetaczała się ogromna kolumna uciekinierów kierująca się za San. Przypominam sobie, jak ojciec mówił, że opór na Sanie nie będzie miał wielkiego znaczenia, gdyż poziom rzeki w pewnych miejscach był bardzo niski i woda sięgała maksymalnie do kolan. Mieszkałem tuż przy samej drodze, obok starej szkoły i mogłem obserwować tych uciekinierów. Jeden z nich przyszedł do nas do domu w celu odpoczynku, ponieważ był już starszym mężczyzną. Jak dobrze pamiętam, mówił, że ma 70 lat i jest z okolic Żywca. Mój ojciec kazał mu wracać do domu i prawdopodobnie zawrócił lecz dalsze jego losy były dla nas nieznane. Do dzisiaj widzę, jak przez Łowisko przechodzili polscy żołnierze. Było ich kilku, prawdopodobnie piechota i mieli ze sobą kuchnię polową, kierowali się w stronę Leżajska. Pierwszy raz niemieckich żołnierzy widziałem około połowy września. Było ich kilkudziesięciu i mieli ze sobą ogromną armatę ciągniętą prawdopodobnie przez osiem koni. Widziałem, jak przejechali z nią przez Łowisko i udali się w stronę Woli Zarczyckiej, lecz po jakimś czasie zawrócili i pojechali w nieznanym kierunku. Jeśli chodzi o Wehrmacht oni nic nie mówili mieszkańcom Łowiska, gorzej wyglądała sytuacja z Gestapo, oni w 1942 r. rozstrzelali pięciu mieszkańców.

     Już w czasie okupacji, to pamiętam, że Niemcy wysiedlili rodziny żydowskie mieszkające w Łowisku, a było ich 4, z czego przeżyła 1 dzięki pomocy Polaków. W Sokołowie Małopolskim funkcjonowało getto przejściowe i w to miejsce Niemcy zabierali miejscowych Żydów i przewozili dalej, możliwe, że do obozów koncentracyjnych.

     Niemcy wywozili Polaków na roboty przymusowe do Niemiec. Około 20 mieszkańców Łowiska wyjechało na nie, w tym mój najstarszy brat Józef i starsza siostra Zofia. Mojego brata wywieziono do Austrii i pracował w winnicy w miejscowości Bad Vöslau nieopodal Wiednia. Z listów, które pisał do domu, wiem, że był dobrze traktowany i pracował wraz z innymi Polakami. Z jednego z ostatnich listów od niego dowiedzieliśmy się, że w 1945 r. baor, nie chcąc ewakuować się, został rozstrzelany przez Gestapo, a mój brat został w winnicy sam, gdyż reszta robotników uciekła. Gdy wkroczyły oddziały Armii Czerwonej na tamte tereny, mój brat pilnował, by winnica nie została rozkradziona. Po wojnie, jak wspominał brat w liście, żona baora bardzo dobrze go traktowała. Mój brat umarł w listopadzie 1946 r. na serce, ponieważ od dziecka miał je chore. O śmierci dowiedzieliśmy się w liście od żony baora. Szukałem grobu brata. Na początku 2000 r. zwróciłem się z tą sprawą do Polskiego Czerwonego Krzyż i dostałem odpowiedź, gdzie jest jego grób w 2002 r. W 2016 r., w 70 rocznicę śmierci wybrałem się do Austrii i mogłem po raz pierwszy w życiu stanąć przy jego grobie. Brata widziałem po raz ostatni 12 stycznia 1942 r. Moja siostra Zofia była na robotach w dzisiejszych Czechach i wróciła do domu zaraz po zakończeniu wojny. Mieszkańcy Łowiska w czasie trwania wojny podejmowali pracę w gospodarstwie baora Arnolda, jak również u ogrodnika w Górnie czy leśniczego Hackera. Czasy były ciężkie i każdy chciał choć trochę zarobić pieniędzy, by móc żyć.

     Ważnych wydarzeniem w Łowisku, które miało miejsce 5 czerwca 1942 r. było rozstrzelanie 5 mieszkańców, ponieważ nie wstawili się do pracy w Boże Ciało. Pamiętam to wydarzenie dobrze, jak gestapowcy zabrali tych 5 młodych chłopaków do lasu i rozstrzelali. Jak mówił mój ojciec podobno we wsi ludzie mówili, że gdyby Niemcy nie znaleźli tych 5 zakładników, to rozstrzelaliby przypadkowe osoby złapane na ulicy. Prawo, które obowiązywało, było proste, a polegało na tym, że jeśli Polak nie wykonał tego, co kazał mu Niemiec, podlegał karze śmierci.

     Na terenie Łowiska Niemcy podjęli się kilku inwestycji. Jedną z nich było wybudowanie torów kolejowych łączących Górno ze stacją kolejową w Łętowni pod nadzorem firmy Krauze. Inną inwestycją było wybudowanie mostu na rzeczce w Łowisku nieopodal mojego rodzinnego domu, lecz tej budowy nie dokończyli i to co wybudowali, zniszczyli przed wkraczającymi Rosjanami. Prace przy moście nadzorowała firma Lollke. Podczas wojny wysiedlono kilka polskich rodzin w związku z poligonem Luftwaffe i prowadzonymi przez nich ćwiczeniami. W czasie okupacji możliwe było uczęszczanie do kościoła, z małym wyjątkiem od zimy w 1943 r. do początku roku 1944 r., na Wielkanoc kościół był już otwarty. Szkolnictwo w tamtym okresie wyglądało tak, że uczęszczaliśmy do drewnianej szkoły i mieliśmy lekcje języka polskiego, rachunków, śpiewu głównie pieśni religijne i organizowano robótki ręczne.

     W Łowisku funkcjonował oddział Armii Krajowej pod dowództwem plutonowego (taki stopień miał w czasie kampanii wrześniowej) Józefa Kidy ps. „Ciepły”. Mieszkańcy Łowiska byli nastawieni do Armii Krajowej neutralnie, gdyż bali się kar ze strony okupanta a akowcy realizowali swoje zadania. O tych zadaniach niewiele wiem, ponieważ ludzie nie chcieli mówić zbyt wiele, a mnie jako dziecku nie mówiono o takich rzeczach. Pamiętam natomiast jak wóz radiolokacyjny jechał przez Łowisko w celu wykrycia radiostacji AK działającej we wsi. Na całe szczęście radio zostało wyłączone w odpowiednim momencie i Niemcy nic nie wykryli. Informacje o tym, co się dzieje w kraju, docierały z tajnej gazety redagowanej przez AK tzw. „Bibuły”, lecz były one bardzo szczątkowe, a kara za jej posiadanie była surowa.

     Dokładnej daty wkroczenia Rosjan do Łowiska nie pamiętam, ale mogło to być po 20 lipca 1944 r. Przebywałem wtedy w polu razem z moim ojcem i on powiedział, że widzi kierujących się w stronę wsi żołnierzy. Gdy wróciliśmy do domu, we wsi byli już Rosjanie. Byli słabo ubrani, ich mundury były brudne a twarze spieczone od słońca. Oddział ten stacjonował trzy dni w Łowisku i przez trzy dni trwało bombardowanie niemieckiego lotnictwa. Po trzech dniach w nocy do Łowiska wjechały czołgi radzieckie, pamiętam, że cały dom trząsł się od ich hałasu. Pod koniec lipca do Łowiska wkroczyła druga linia wojsk radzieckich. W moim domu stacjonował pułkownik radziecki a po sąsiedzku w szkole mieścił się jego sztab. Pamiętam, że pułkownik był wysoki w wieku około 40 lat i pochodził z Moskwy. Czasami opowiadał mojemu ojcu o swoich dzieciach, ale nigdy nie rozmawiał na temat polityki. Pułkownik mieszkał u nas do pierwszych dni września, a później przyszła trzecia linia wojsk. Tym razem w moim domu zamieszkał porucznik w wieku około 25 lat i pochodził z okolic Kijowa. Mieszkał u nas do około 12 stycznia 1945 r. Pamiętam, że przychodzili do niego inni oficerowie i rozmawiali po rosyjsku. Porucznik przestrzegł mojego ojca, żeby nie odzywał się do żadnego z tych oficerów, ponieważ tylko on będzie z nimi rozmawiał. Jeden z tych oficerów bardzo dużo opowiadał o życiu w Związku Radzieckim i jak tam się dobrze żyje, i każdy jest szczęśliwy, lecz mój ojciec nie rozmawiał z nim, tłumacząc się, że nic nie rozumie po rosyjsku. Jak się później okazało, jednym z tych żołnierzy był oficer NKWD lub szpieg donoszący im. Ojciec był wdzięczny porucznikowi, że ten go ostrzegł przed nim. Widziałem, jak w Łowisku stacjonowały wyrzutnie rakiet tzw. katiusze, lecz nie mogliśmy się do nich zbliżać, ponieważ były zakamuflowane i strzeżone przez wartowników. W Łowisku funkcjonowało lotnisko i znajdowało się za rzeką w polach na wzniesieniu. Widziałem, jak startowały z niego i lądowały dwupłatowe myśliwce. Po odejściu wojsk radzieckich w styczniu 1945 r. w Łowisku w końcu zapanował oczekiwany spokój.

 

Wspomnienia spisał Grzegorz Batóg, wnuk pana Kazimierza w sierpniu 2020 roku.

 

Kto jest online


     Naszą witrynę przegląda teraz 38 gości 

Wsparcie działalności

 

Towarzystwo  Przyjaciół   Kamienia

 jest organizacją pożytku publicznego.

Można przekazać 1 % podatku

 W zeznaniu podatkowym należy wpisać:   KRS - 000 0037454

i deklarowaną kwotę podatku.

 

Wypełnij PIT on-line i przekaż 1% dla Towarzystwa Przyjaciół Kamienia

Copyright ? 2010 Towarzystwo Przyjaciół Kamienia. Design KrS, Valid XHTML, CSS